“Mam dość. Dość brudnych pysków w śmierdzących turbanach na głowie, które pchają mi się do domu. Pół biedy, że się pchają – gościnny jestem. Ale…
Gdy kogoś odwiedzam, pukam i grzecznie czekam, aż gospodarz otworzy przede mną drzwi, wskaże miejsce, w którym mogę spocząć, czasem uprzednio (o zgrozo!) poprosi mnie, bym zdjął buty, bo nie daj Boże, pobrudzę mu nowiutki dywanik.
Jakieś pretensje? Skądże znowu! Jego dom, jego prawa. Cieszę się, że mnie zaprosił, co z tego, że nie mam ochoty zdejmować butów? Co z tego, że mam dziurę pod małym palcem? To mój problem, że pokażę mu, jak niedostatecznie dbam o swą, hmm, powierzchowność. Lub uraczę go zapachem pięciu kilometrów wędrówki z aparatem fotograficznym w ręku. To już jego sprawa. My home is my castle.”
Ciąg dalszy tutaj. Wbrew pozorom, to nie o savoir-vivre. Taka informacja dla pokolenia epoki multimediów.





